SPECTOR - Enjoy It While It Lasts (konkretna recka)

01:44

Dobry wieczór!!!
Dziś na szybko, ale konkretnie, kończymy na jakiś czas temat grupy Spector. Jeżeli nie odrobiliście lekcji, to zalecam wpisanie nazwy zespołu w wyszukiwarce blogowej.
Czas zrecenzować.debiut - "Enjoy It While It Lasts"

Jak zwykle bez większego pierdolenia - zapraszam.  Prosto z muzycznego serducha ciśniemy dalej.



Podczas, gdy zaczynam pisać te słowa jest jeszcze dzień 13 września, czyli dokładnie mija miesiąc od premiery albumu dzisiejszego wieczoru. Od razu przejdę do konkretów, by dłużej nie przeciągać.


Panowie ze Spector przed premierą swojego pierwszego longplaya (nie lubię tego słowa, ale czasami trza go użyć) mieli sporo do powiedzenia. Nie cykali się wywiadów, które powalały miażdżącym humorem, nie brakowało ich na małych eventach, grali wszędzie gdzie się dało, byleby ktoś ich zauważył... i zauważył. Momentalnie wytworzyły się grupy fanów oczekujące na możliwość powiększenia swojej kolekcji płyt, tych dobrych płyt. Czy debiut należy do tej kategorii?



Bez wątpienia "Enjoy It While It Lasts" nie powala tak jak myślałem (że będzie), ale ma w sobie to coś co przyciąga. To "coś". to między innymi: proste riffy, chwytliwe refreny, skoczne dźwięki - które stają się "pogotowiem ratunkowym" na parkietowe potańcówy. Kto powiedział, że typowe nuty indie-pop-rock kiedyś się znudzą? Liryczna puenta drąży temat młodości, picia, zauroczenia, niespełnionej miłości, totalnym nieprzejmowaniem się tym co czeka nas w przyszłości. Cieszmy się chwilą, spontantem, po prostu - Enjoy It While It Lasts! Mieszanka lat 80' i 90' w nowym wydaniu witają! :)

Utwory, które były dobrze znane jeszcze przed premierą albumu stały się dla mnie punktem kulminacyjnym. Wiem, sporo tych punktów, ale "Chevy Thunder", "Grey Shirt & Tie", "Celestine", "Never Fade Away" - to perełki tego wydawnictwa. Na pochwałę zasługuje cholernie dobry wstęp -"True Love (For Now)", pod czwórką "Twenty Nothing" - z dodatkiem mocniejszych gitar. Tło albumowego "Friday Night (Don't Ever Let It End)" stanowią przyjemne klawisze, a początkowo niewinne granie przeistacza się tutaj w szybki i konkretny trak. Hit za hitem. Przy "Lay Law" zwalniamy, a wokalista daje nam sentymentalną rozkimnę miłosną. Typowa ballada w stylu indie za nami. Genialnie prezentuje się również "What You Wanted" - dowód na to, że wystarczy prosty i krótki tekst, by stworzyć coś zajebistego. Czasem nie potrzeba zbyt wiele. 

Na albumie sprytnie przemycane są kolejne instrumenty. W niektórych trakach mamy więcej perkusji, w innych organków i riffów. W przedostatnim utworze "Grim Reefer" czeka nas spotkanie ze skrzypcami! Poza tym, nie mogło zabraknąć charakterystycznych chórków i innego niż wszystkie wokalu Frederick'a Macpherson'a. Osobiście kupuję go w całości.

Nie ma to jak zakończyć swój debiutancki album słowami "You know I'll never fade away" :)
Koncertowo, festiwalowo, albumowo - "Never Fade Away" jest najlepszym przepisem na to, żebyście ponownie odpalili płytę, wrócili pod scenę i stali w pierwszym rzędzie na występie Brytyjczyków. The End Has No End - Enjoy It While It Lasts!



Nie napisałem jeszcze jednego słowa - POLECAM!


P.S. Żeby nie zepsuć Wam kilku smaczków płytowych, celowo nie wspomniałem o hm... dwóch kawałkach.



Macie zaległości z Coke'a? Klikajcie -> TUTAJ!

Więcej krótkich info znajdziecie na oficjalnym blogowym kanale Fejsbukowym. Wystarczy lajknąć, by CTRL'ować! :)



CTRL'uj inne wpisy

0 komentarze

Nie hejtuj, komentuj z głową!