Foals - Holy Fire (konkretna recka)

12:35

Foals przynoszą nam jeden z najbardziej oczekiwanych albumów tego roku – HOLY FIRE. Jak Brytyjczycy wypadli tym razem? Trzecia płyta w dyskografii, wielkie oczekiwania, singiel Inhaler, singiel My Number, aż w końcu słowa wokalisty: ‚The whole album fucking stinks!’


Zanim jednak przejdę do konkretów, pozwolę sobie na kilka słów wstępu.
Na samym początku warto podkreślić, że dwa poprzednie krążki zespołu odniosły wielki sukces. Pierwszy – Antidotes (2008) wbił się na 3 miejsce list UK oraz zdobył status Gold, niczym jego następca – Total Life Forever (2010), który uplasował się na 8 miejscu i został nominowany do Mercury Prize 2010. Dopieszczony pod każdym względem indie rock, wymieszany z popem i elektroniką stał się receptą na sukces. Bez wątpienia, zespół Foals zajmuje obecnie wysoką pozycję w świecie muzyki rozrywkowej. 

Moja przygoda z Foals na dobre rozkręciła się pod koniec 2012 roku. Single promujące nowe wydawnictwo pozytywnie zmiażdżyły mi głowę. Tak doskonałych kompozycji dawno nie słyszałem, dlatego już teraz polecam Holy Fire osobom, które do tej pory przechodziły obojętnie obok chłopaków z Oxfordu. Fani na pewno będą zadowoleni, bo to co zespół wyprawia na tym albumie jest znakomitym połączeniem dwóch poprzednich. Jest tu tylko kilka „małych” dodatków, ale o tym w dalszej części recenzji.

Album otwiera kawałek Prelude
Dawno nie słyszałem tak dobrego wejścia w płytę. Powoli rozkręcający się, by nagle zaskoczyć mocnym, ostrym i konkretnym uderzeniem z wokalem Yannis’a. Cztery minuty, które mijają w mgnieniu oka. Wydaje mi się, że tym wstępniakiem zespół odkrył karty, a przekaz stał się prosty – przygotujcie się na chwile, w których zwolnimy tempo, ale też takie, w których będziecie mogli odegrać się na mniej lubianym sąsiedzie.

W tym momencie wchodzą wspomniane już single: mocny Inhaler oraz popowy My Number. Inhaler sprawił, że o Foals znowu zrobiło się głośno. To był dobry powrót. Każdy oczekiwał, że tak właśnie będzie wyglądać nowy album. Dzisiaj już wiemy, że jest to najgłośniejszy utwór na płycie. My Number jest miłym eksperymentem, który wypalił. Żadna mysz nie ucierpiała, a każdy z nas ma ochotę pobujać się w tych czilałtowych nutach. Proste zwrotki, chwytliwy refren: ‚You don’t have my number, we don’t need each other now.’


W Bad Habit na pierwszy plan wychodzi głos wokalisty, który miesza się ze świetnymi riffami gitarowymi, do których na pewno będziecie wracać.
W piątym już utworze na tym albumie ujawnia się kolejne mocne ogniowo Foals – perkusja, jako główny bohater genialnie aranżuje cały track Everytime. Trudno uwierzyć, że półmetek już za nami. Czas na Late Night, czyli najbardziej mroczną, głęboką i jedną z lepszych kompozycji na albumie. Nutkę mieliśmy okazję posłuchać przed premierą, kiedy Panowie zagrali w Abbey Road Studios. Niektórzy już porównują obydwa kawałki. Dla mnie wersja live jak i albumowa są tak samo dobre.

Out of the Woods jest trakiem na skalę My Number, chociaż nieco słabszym. Tłem stają się różnego typu instrumenty, wchłaniane przez wokal Philippakisa. Dobry trak na brzydką pogodę.
Pisałem coś o skrzypcach? W Milk & Black Spiders, dostajemy lokomotywę napędzaną gitarą i smyczkami, które podkręcają emocjonalny wydźwięk kawałka.
Co za perfekcja!

Tymczasem dochodzimy do najbardziej oszukanego wstępu wszechczasów – kiedy odpalicie Providence pomyślicie podobnie. Haczyk jest w tym, że to utwór wyciągnięty żywcem z debiutanckiego albumu. Mega power, wszystko trzaska tak jak należy – yep to Foals! Końcówką tego traka możecie „dobić” sąsiadów i z przyjemnością wprowadzić ciszę nocną.

Uwaga, ostatnia prosta! Przypomina o tym melancholijny Stepson. Po raz kolejny zwalniamy tempo, na pierwszy plan ponownie wychodzi głos niezastąpionego wokalisty, który i tak już odwalił kawał dobrej roboty. Po chwili zaczynamy żałować, że album ma tylko 11 kompozycji, ponieważ Moon miażdży magią, która została zatrzymana na sam koniec. Ktoś powie, że jest to cholernie smętna piosenka – przyznam mu 100% racji, dodając przy tym – jak niepowtarzanie klimatyczna! Wow. ‚…it is coming now, my friend, it’s the end.’


Uważam, że Holy Fire jest najlepszym albumem w dyskografii Foals. Mieszanka spokoju i wybuchowości, kontrast za kontrastem. Niektórzy mogą być zawiedzeni, że mało jest traków podobnych do singla Inhaler, a spokój momentami przytłacza album. Uważam, że nie jest to odczuwalne, ponieważ wszystko jest umiejętnie zrównoważone i zaskakujące. Panowie wyciągnęli wszystko to, co najlepsze z poprzednich płyt, dodali max melodyjności, przyłożyli się do strony lirycznej i tym samym podnieśli sobie poprzeczkę na kolejny album. Ciężko będzie im przeskoczyć samych siebie, ale kto to wie… tak przecież tworzyły się legendy, ponadczasowe albumy, zespoły, o których szybko nie zapomnimy.

Tracklista:
1. Prelude
2. Inhaler
3. My Number
4. Bad Habit
5. Everytime
6. Late Night
7. Out Of The Woods
8.
Milk & Black Spiders
9. Providence
10. Stepson
11. Moon

Ocena: 9/10 

Moja rekomendacja!
~ pattt


Powyższa treść recenzji, której jestem autorem, pojawiła się na portalu outrave.pl

Pozostaje Wam CTRL'ować mojego bloga oraz fejsbuka! :)



CTRL'uj inne wpisy

0 komentarze

Nie hejtuj, komentuj z głową!