Bloc Party - Hymns [deluxe edition] (Konkretna Recenzja)

18:31

Historia Bloc Party, czyli jednego z moich ulubionych zespołów spisana jest na kartach tego bloga. Wyszukiwarka powie Wam wiele w tym temacie, dlatego zanim przejdziecie do dalszego czytania, zalecam zapoznanie się z wpisem "Co stało się z Bloc Party?" oraz lekturą dla początkujących "Bloc Party w pigułce".

Ok, jeżeli jesteście już w tym miejscu, to znaczy, że możemy zając się konkretami. "HYMNS", to nowy skład, nowa płyta i nowa muzyka - stety lub niestety. Kele Okereke nadal dowodzi zespołem, mam wrażenie, że teraz, po wymianie dwóch znakomitych muzyków, jego władza stała się absolutna, a nawet dyktatorska. W kilku zdaniach, frontman tak opisuje album: "Hymns jest zbiorem rzeczy, które są dla mnie bardzo ważne, święte. Nie jestem religijną osobą [to skąd ten krzyżyk na piersi ziom?], ale zdaje sobie sprawę, że posiadam jakiś wymiar duchowy, a Hymns jest celebracją tego, co dla mnie ważne, od gwiazd i księżyca, po rzeki i morza, a także przyjemności z seksu i intymności. Kiedy doświadczam tych rzeczy, czuję obecność boskości, więc to chciałem odzwierciedlić w albumie". W niektóre wizje wolę nie wnikać.

(od lewej) Kele, Lousie, Justin i Russell

Jeżeli pamiętacie wszystkie cztery poprzednie płyty, a w szczególności "Silent Alarm", możecie być pewni jednego - "Hymns" jest przeciwieństwem całego dorobku Bloc Party. Najlepiej jakbyście wymazali sobie jakiekolwiek dźwięki z tamtego okresu i nastawili na coś, czego jeszcze nie było. Miejscami, na siłę można przywoływać "Intimacy" czy "Four", ale tak naprawdę jest to zupełnie świeże dzieło i nowy początek dla zespołu. Brak tutaj ostrych, surowych gitarowych riffów. Ba, są nawet utwory, gdzie w ogóle nie słychać gitar, a Kele siada za klawiszami! Album jest maksymalnie stonowany, spokojny i podrasowany syntezatorami, które wprowadzają zupełnie nową jakość. Wokal Kelego - niezwykle wyrazisty, utrzymany w wysokiej tonacji, ale bez tej zadziorności i iskry, jako dodatkowego zapalnika, by wskoczyć na muzyczny parkiet. Oczywiście, przekłada się to na stronę liryczną - czyli Kele odpływający w swojej emocjonalce, czasami za bardzo.

Odpalmy pierwszy singiel promujący "The Love Within".


Na czym najbardziej traci "Hymns"? Przede wszystkim nie robi wrażenia albumu zespołowego, tylko kolejnej solowej płyty i wyobrażenia Kelego - i to jest w tym wszystkim najsłabsze. Kele stworzył album pod siebie, muzycznie jak i tekstowo, co słyszymy niestety dość często. Poza tymi poważnymi wytknięciami nowy krążek daje radę. Do samego końca nie byłem przekonany, a wręcz nastawiony na hejt. Wiadomo, brakuje mi starych, dobrych riffów i mocy płynącej z takich kawałków jak "Helicopter", ale po dokładnym odsłuchu "Hymns" i trzech ostrych dniach wczuwania się w klimat, mogę napisać - dobra robota, niestety bez większego podniecenia. Nie rozumiem też jednego, dlaczego "Hymns" brzmi tak inaczej/lepiej na żywo? Dokonałem analizy porównawczej i koncertowo album dostaje nowego życia.

Zapytacie o ulubione utwory? Za każdym razem wyszukuję i znajduję coraz więcej nut dla siebie. Najbardziej udziwnionym, niepasującym do reszty, a jednocześnie dobrym w całości, wydaje się być "The Good News", który przypomina mi hicior Cage The Elephant - "Ain't No Rest For The Wicked". Z "The Love Within" jak i większością z tracklisty miałem na dzień dobry mieszane odczucia i przeżywałem szok, szok zmian. Teraz, mogę ze spokojem polecić nawet i "Fortress", który ociepla serducho, miażdżąc przy tym wokalnie.

Wersja podstawowa nowego dzieła zawiera 11 traków, rozszerzona - aż 4 dodatkowe. Klimat ten sam, chociaż... mamy do czynienia z naprawdę przyjemnym dodatkiem. Na start utwór z niewykorzystanym potencjałem - "Eden" - zabrakło mocniejszego rozwinięcia i byłoby idealnie. Pozytywnie zaskakuje kawałek "Paraiso" - w końcu mamy do czynienia z pełnym składem zespołu i przepięknym brzmieniem instrumentów! Wyrazisty bas, perkusja i Russell śmigający na swojej gitarce. Jestem zachwycony! Tak właśnie powinna grać ta płyta! "Paraiso" - jeden z najlepszych traków powrotu Bloc Party. W "New Blood" wracamy do zabawy syntezatorami, "Evening Song" kończy wersję deluxe spokojną balladą z "wiadomością" od Kelego :)

Muzyka zmienia się z upływem lat, artyści szukają nowych inspiracji i chociaż byśmy chcieli zatrzymać czas, to niekiedy dobrze jest ruszyć do przodu wraz z naszymi ulubieńcami. Czy warto w tym przypadku? Oceńcie sami.
Płycie wystawiam mocne 6,5/10
Poniżej stream podstawki.


A jak Wam podoba się odmiana Bloc Party?
Czekam za komentarzami tutaj, czy na fejsie.
Sypnijcie też lajkiem i podajcie dalej.


P.S. Zapraszam zespół na Open'era!

Łączmy pasje, dzielmy się wspólną zajawką!
CTRL'ujcie MUZYKĘ!

~pattt

CTRL'uj inne wpisy

0 komentarze

Nie hejtuj, komentuj z głową!