SUM 41 - powrót do przeszłości, konkretna relacja z koncertu, Warszawa 07.02.2017 Klub Palladium

22:50


Powrót do przeszłości

Chociaż czasy MTV2 już dawno przeminęły, dzięki właśnie tej stacji poznałem zespół SUM 41, jakoś w 2001 roku, kiedy miało się lat 13. Szmat czasu, co nie? Zwłaszcza, gdy przypomni się "Fat Lip", "In Too Deep", "Motivation".  Kto by pomyślał, że kiedykolwiek spotkam na polskiej ziemi zespół, którego słuchałem jako świeży gimnazjalista? A jednak, stało się to dnia 7 lutego 2017 roku w warszawskim klubie Palladium. Nie wiem, gdzie byłem i co robiłem w 2010 roku, ale właśnie wtedy ominąłem pierwszy koncert SUM 41 w Polsce. Z zepsutym licznikiem wybrałem się więc na moje pierwsze spotkanie z idolami młodzieńczych lat. Dlaczego było tak wyjątkowe? Zapraszam do lektury. 

Pamiętacie kasety magnetofonowe? Debiutancki album SUM 41 - "All Killer No Filler" sprezentowali mi moi rodzice wydając 30 zł w jakimś większym supermarkecie. Kaseta była wręcz nie do namierzenia! Radość z pierwszego odtworzenia pamiętam do dzisiaj. Obecnie, kaseta ta zajmuje swoje godne miejsce na półce. Niestety, zapomniałem zabrać ją do podpisu. Wszystko przez to, że do samego końca nie wiedziałem, czy w ogóle pojawię się w Palladium. Organizatorzy całej imprezy nie spodziewali się, tak jak ja, że bilety wyprzedadzą się w tak zawrotnym tempie. Stąd, zmiana miejsca wydarzenia i druga pula wejściówek, które również wyprzedały się w mgnieniu oka. Stałem się niedobitkiem szukającym biletu do ostatniego dnia przed koncertem. O akredytację nawet nie pytałem, ale poprosiłem o pomoc "jako człowiek z branży" - niestety tutaj również poległem, ja malutki blogger. Na grupie z wydarzeniem zaczęły pojawiać się kosmiczne oferty odsprzedaży biletu. Dostałem nawet propozycję 180 zł za sztukę - "bo koncert wyprzedany". W końcu trafiła się jakaś normalna istota i za 80 zł (9 zł mniej niż cena nominalna) dobiliśmy deal'u. Życie jakoś nauczyło mnie, że kupowanie biletu "do przodu" nie ma sensu. Tym razem przydało się wieloletnie doświadczenie, ale powiem Wam, zimny pot pojawił się na czole. W tym momencie pozdrawiam dziewczynę, od której odkupiłem bilet. Relację dedykuję Tobie jak i każdej osobie, która nie mogła pojawić się na koncercie, mojemu imiennikowi Patrykowi, z którym roznosiłem Palladium oraz wszystkim ludziom pod sceną, jak i tym czekającym ze mną do godziny 1:30, by zdobyć zdjęcia i podpisy od SUM 41 - było warto stać w tym zimnie :)


Dzień koncertu, godzina 19:45
Wietrzna Warszawa w mrozie i śniegu. Przez te zawirowania atmosferyczne Pałac Kultury i Nauki wydawał się kręcić niczym nadchodzące pogo pod sceną. Kolejka do wejścia długa. Fani SUM 41 o przymarzniętych uśmiechach na twarzy z wolna dostawali się do środka klubu Palladium. Sprawdzenie biletu, szatnia, scena. Sprytnie udało nam się przebić przez tłum ludzi i dostać blisko sceny, a po występie supportu i przy pierwszych dźwiękach bawiłem się praktycznie pod barierkami, najpierw po prawej stronie, później po środku - ogólnie nosiłem się z tłumem radosnych ludzi przez całe show.

Paerish w roli supportu
Niestety nie mam dobrych wiadomości dla fanów tej francuskiej kapeli. Kiedy na szybko zapoznajesz się z zespołem w domowym zaciszu, stwierdzasz, że są naprawdę znośni i liczysz na dobry punk/indie rock podczas koncertu. W zamian dostajesz rozczarowanie i nieudaną szarpaninę gitarowo-wokalną, z niesamowicie zawalonym udźwiękowieniem. Przez chwilę zacząłem obawiać się o jakość występu SUM 41, jak okazało się w dalszej części wieczoru - niepotrzebnie. Sytuacja z Paerish pokazała, jak ważną rolę odgrywają dźwiękowcy, których albo tutaj nie było, bądź po prostu spieprzyli swoją robotę. Odbiór całego występu był straszny. Wokal za wysoko, słaby bas perkusyjny, gitary za mocno wyostrzone na pierwszym planie... jednym słowem - dramat. Panowie z zespołu w swobodnej rozmowie po koncercie przyznali, że nie była to ich najlepsza jakość, ale supportowali SUM 41 i byli pierwszy raz w Polsce, więc teoretycznie mieli powody do zadowolenia.


SUM 41
Jeszcze przed wejściem na scenę dostaliśmy małą rozgrzewkę audio wizualną. Z głośników płynęły dźwięki "American Idiot" - Green Day,  "Toxicity" - System of a Down, "Last Resort" - Papa Roach, a czerwone reflektory rozgrzewały zniecierpliwionych fanów. Kilka minut po 21 zabrzmiało "Introduction To Destruction"! Zespół wbiegł na scenę i rozpoczął swój 2h koncert! Tak, dobrze czytacie, dwie godziny skakania z chwilami na złapanie oddechu przy wolniejszych kawałkach. Tempo było tak mocne, że po pierwszych dwóch utworach otwierających "A Murder of Crows" i "Fake My Own Death", w totalnym młynie pod sceną, pomyślałem sobie - kur#@ nie dam rady!? Ja nie dam rady? W tym momencie Deryck Whibley przywitał się z nami, następującymi słowami: "Haha haha, well well well ladies & gentlemen, we meet again, we meet again! The time is here, the time is now, fuck the snow, fuck the winter, fuck it all, this is what matters right here, right now. I'm gonna shut the fuck up, we're gonna play some more music, right?". Publika nie miała nic przeciwko, zwłaszcza po usłyszeniu "The Hell Song" i odpaleniu pierwszych armatek z konfettiWtedy też wszystkie myśli zmęczenia odeszły, tłum przemieszał się należycie i zabawa rozkręciła na całego. Whibley non stop utrzymywał kontakt z publiką. Po "Over my Head" powiedział: "Jeżeli byśmy wiedzieli, że będzie tu taki rozpierdol, to nie zajęłoby nam tyle czasu, by tu wrócić. Ale wróciliśmy i mamy album wydany po 5 latach!".  "Underclass Hero" przywiał ogromne balony, które odbijały się nad głowami fanów i lądowały z powrotem na scenie. Tam zajmował się nimi Deryck i rozwalał dzięki wystającej strunie: "Nie mogę uwierzyć, że SUM 41 ma 20 lat! Chciałbym podziękować Wam wszystkim starym fanom i przywitać nowych - Welcome to the Family!".


Zespół po długiej przerwie w tworzeniu muzyki, spowodowanej problemami z alkoholem Whibley'a, w końcu stanął na nogi, jak i sam Whibley. Droga była podwójnie ciężka, ponieważ w tym samym czasie frontman SUM 41 poznał swoją dziewczynę, a obecnie żonę Arianę, która była wplątana w dokładnie ten sam problem, problem z alkoholem. W jednym z wywiadów Deryck powiedział, że zanim trafił do szpitala, nie wiedział, w jak ciężkim stanie się znajdował: "Man, I can’t even make a fucking phone call without having a drink". Pomimo swojego uzależnienia, Ariana radziła sobie lepiej. Wraz z matką Derycka, która jest pielęgniarką, opiekowały się nim jak tylko mogły. Deryck otrzymywał także ogromne wsparcie od swoich fanów. To wszystko słyszmy na albumie 13 Voices, czego uzupełnieniem, a raczej dopełnieniem był właśnie koncert w Warszawie. 

Szczególne podziękowanie i ukłon w stronę fanów pojawiło się przed utworem "War". "Inspirowaliście mnie, by przejść przez najcięższy, najtrudniejszy i najstraszniejszy etap mojego życia. Najlepsze jest to, że mogę teraz każdemu z osobna podziękować". Warto przypomnieć w tym miejscu, jak powstał wspomniany utwór. "Po rocznej hospitalizacji tak łatwo było mi wrócić do tego, co robiłem przedtem, to był jak niekończący się powrót do zdrowia. Mogłem się cofnąć, stać w miejscu, albo ruszyć mocno naprzód. Słowa w tym utworze to walka samym ze sobą. Kiedy w chwilach słabości spoglądałem na nie, mówiłem sobie, ok napisałem to, będzie trochę głupie jeżeli pójdę w inną stronę" - komentuje Whibley.


Co więcej działo się na koncercie?
Szał ludzi na "Motivation". Przed "We're all to Blame" fani zostali poproszeni o zrobienie klimatu do początkowych słów piosenki poprzez włączenie fleszów w komórce. W tym czasie ktoś odpalił zapalniczkę: "Oh, oldschool - a lighter, i like it, keep it real!" - dodał Deryck, który podczas "Make No Difference" zniknął z głównej sceny i pojawił się na końcu Palladium, pod balkonem. Nie spodziewałem się takiego przebiegu wydarzeń, ale każdy, kto śledził poczynania zespołu podczas nowej trasy, wiedział co się stanie. Ja jednak lubię niespodzianki. Wyśpiewane z fanami "With Me" wyszło więc obłędnie. Na YouTube możecie znaleźć nagrania z tego momentu. Poniżej łapcie zdjęcie.


Uwielbiam "No Reason", chociaż podczas live'a coś było nie tak z nagłośnieniem i wokal leciał w dół, ale to nie przeszkadzało w zabawie. Pokaz perkusyjny nowego członka zespołu - Franka Zummo; cover "We Will Rock You" - Queen; ogromny młyn na "Still Waiting"! Kiedy zabrzmiało "In Too Deep" wiedziałem, że koncert zbliża się ku końcowi. Mimo wszystko, zaryzykowałem i odpaliłem przycisk nagrywania. Niezapomniana solówka w wykonaniu przywróconego do zespołu Dave'a Baksh'a, zawsze kojarzyć mi się będzie z teledyskiem, kiedy wynurza się z wody ze swoją gitarą. Dokładnie w tym momencie przerwałem nagrywanie, by odpłynąć z tłumem ludzi. Niektóre momenty zostają w nas przez całe życie. Odpalcie, te krótkie, ale jakże radosne nagranie. 360 stopni z aparatem w dłoni? No problem, potrafię więcej :)


Ale to nie koniec.
Zespół schodzi po raz pierwszy ze sceny, pojawia się pianino. Deryck zaczyna solówkę do "Crash" i przechodzi w "Pieces". Do obejrzenia poniżej. Zrobiło się niezwykle klimatycznie, chyba nie było osoby, która nie znałaby słów:

"I tried to be perfect it just wasn't worth it 
Nothing could ever be so wrong 
It's hard to believe me 
It never gets easy 
I guess I knew that all along".


Była to okazja złapania oddechu przed "kropką nad i" całego show. Moment odpoczynku towarzyszył również przy szybkim "Welcome to Hell". Ludzie wiedzieli, że przed nimi "Fat Lip"! I kiedy wszystko wskazywało na koniec, członkowie zespołu wrócili przebrani za typowe gwiazdy rocka. "Pain for Pleasure" w przebojowym stylu zamknął ten znakomity koncert! Tak wyglądała setlista, którą zdobyłem, a raczej dwie. Druga odkryła się podczas odrywania taśmy i wygląda na to, że trafiła mi się również setlista techników. Nie wziąłem kasety do podpisu, ale chociaż coś ugrałem. Setlistę z podpisami i zakodowanym szyfrem pozostawiam Wam do rozgryzienia.   


Możecie również zauważyć, że setlista była bardzo zróżnicowana. Pojawiły się kawałki z wszystkich albumów, jak i pierwszej Ep-ki - "Half Hour of Power", przez co utwory z najnowszej płyty wydawały się częścią starego dorobku SUM 41. Prościej pisząc, Ci, którzy nie zdążyli nadrobić "13 Voices" bawili się równie dobrze i szybko chwytali nowe teksty oaz dźwięki. Zatrzymam się na chwilę przy publice, fanach. Jednak jest coś w tym "SUM 41 Family". Szerokie uśmiechy na twarzach towarzyszyły wszystkim od początku do końca. Nie pamiętam z iloma osobami przybiłem sobie piątki podczas, jak i po koncercie, ale serio, stwierdzam, że to była najlepsza ekipa, koniec kropka. Same pogo, młyn był tak bezpiecznym miejscem, że dziewczyny śmiało wskakiwały do środka. A czego nie odczuło się po koncercie, to wróciło na dzień kolejny, gdy wstało się z łóżka. Damn... świetne wspomnienia mam z tego koncertu. Ludzie - byliście najlepsi!

Muzyka łączy, nie dzieli. I tak powinno być z każda pasją. Różne pokolenia fanów SUM 41 pokazały, jak tworzy się historia godna zapamiętania. Panowie z SUM 41 trzymają się bardzo dobrze. Cieszę się, że Deryck stanął na nogi i potrafił również udźwignąć ciężar złożenia siebie jak i zespołu w jedną całość. Pozostaje nam wyczekiwać na ich szybki powrót. Do zobaczenia pod sceną!

PS. Więcej klipów z koncertu wrzucę na facebook'a CTRL PATTT.




Encore relacji, czyli co działo się przed i po koncercie? Każdy pyta, a świadków było mało, w tym jeden blogger - pattt.

Kiedy Deryck oznajmił na scenie, że zespół zaraz po zakończeniu występu będzie podpisywał płyty, każdy wybrał się pod merch i czekał. Okazało się, że swoje 5 minut faktycznie miały tylko te osoby, które zakupiły coś ze sklepiku. Wybrańcy ustawiali się w kolejce, a ochroniarze zezwalali na podpis. Z tego czego się dowiedziałem, podpis (w sensie autograf) był maxem do osiągnięcia. Gdy ktoś prosił o zdjęcie, a zespół wydał pozwolenie, dochodziło do takich akcji, że ochroniarze od razu wypraszali daną osobę. Idziesz po podpis, nie licz na nic więcej. Tym samym dochodzimy do kwestii spornej, czyli biletów VIP, które kosztowały dodatkowo 75 €. Piszę "dodatkowo" ponieważ, żeby liczył się ich zakup, wcześniej musiałeś mieć bilet podstawowy - koszt 89 zł. Około godziny 17:00 VIP-y mogły skorzystać ze swoich uprawnień, czyli: spotkanie z SUM 41, autograf, zdjęcie, winyl "13 Voices", szalik z logiem grupy, plakat, smycz i otrzymanie pamiątkowej legitymacji VIP. Ktoś nieźle zarabia na tym biznesie, czy aby zespół? Śmiem wątpić.

Z racji, że do klubu Palladium istnieje tylko jedno wejście i wyjście, wiedziałem, że czekanie po koncercie może się opłacić. Z grupą około 10 osób postanowiliśmy zacisnąć zęby. Po godzinie 1:30, czyli ponad 2h czekania na mrozie, udało się! Panowie z zespołu pojedynczo zaczęli wychodzić z klubu. Pomimo dziwnego ochroniarza Derycka, udało nam się zrobić zdjęcia, zebrać podpisy, zamienić kilka słów. Naprawdę mili goście. Opiekunka (ochroniarz) wciąż powtarzał nam, że nie ma szans na żadne zdjęcia - jest zimno i Panowie mogą się przeziębić. Ha, ha. WTF? Zapomniałem, że zespół jest z Afryki i każde zetknięcie się z zimnem może powodować hipotermię. Ponieważ autokar SUM 41 ustawiony był na początku ulicy Złotej, członkowie zespołu musieli z ochroniarzem przebiec jakieś 150 metrów. Ale nie wszyscy, w przypadku Derycka było już inaczej. Wychodził jako ostatni. Miał podstawiony samochód, który zawoził go pod sam autokar. Opiekunka stanowczo zabroniła robienia jakichkolwiek zdjęć! Tak, że serio cykaliśmy się sięgać do kieszeni. 2 osoby z 9 zaryzykowały i na szybko strzeliły sobie fotkę. Niania nie była zadowolona, a sam Whibley na spokojnie ustawił się do zdjęć i wskoczył do samochodu. Bez jakichkolwiek wyrzutów, bez pogardy, bez złośliwości. Więc pytanie, o co w tym wszystkim chodzi? Zapewne o hajs. Oznacza to, że prawdziwi fani, to teraz Ci, którzy zapłacą dodatkowe 3 stówy za zdjęcie? Biznes się kręci, a ochroniarz dba o swoją kieszeń jak może. Jak żyję, pierwszy raz spotkałem się z takim traktowaniem. Bardzo dziwna sprawa. Dajcie znać, co o tym myślicie.

Przy okazji nauczyłem się nowej rzeczy. Pewnie wiele osób praktykuje to od dłuższego czasu (a może i nie), dlatego sprzedam Wam tip'a. Zamiast męczenia się z robieniem zdjęć, odpalcie nagrywanie. W następnej kolejności robicie sobie w domu screenshota i jesteście zadowoleni. jest szybciej i pewniej. Pomijam fakt, że kilka telefonów nagle przestało robić zdjęcia, a niektóre rozładowały się. Mam wrażenie, że ciemna moc ochroniarza maczała w tym palce.

Poza tym, pod klubem działo się o wiele więcej, ale po przemyśleniach stwierdzam, że zostanie to w pamięci niezastąpionej ekipy z poniższego obrazka. Panowie - muzyczne pozdrowienia!


I jeszcze jedna fotka (a raczej ujęcie z filmiku) z mistrzem i najsympatyczniejszym gitarzystą.
Panie i Panowie - Dave Baksh i ctrl pattt. Kij z jakością, pamiątka jest. 


Jeżeli zapomniałeś zostawić like'a wyżej - masz tutaj jeszcze jedną szansę. Niech inni zobaczą jak było. Niech dołączą do osób CTRL'ujących i SUM 41 Family!



Łączmy pasje, dzielmy się wspólną zajawką!
CTRL'ujcie MUZYKĘ!

~pattt

CTRL'uj inne wpisy

0 komentarze

Nie hejtuj, komentuj z głową!