Open'er Festival 2016 - dwa dni na muzycznej fazie!

22:15


Open'er, I LOVE YOU BUT YOU'RE BRINGING ME DOWN!
Tymi słowami mogę podsumować mój wypad na edycję 2016, największego muzycznego wydarzenia w Polsce. Dla tych mniej ogarniętych dodam jeszcze - LCD SOUNDSYSTEM!!!


CZWARTEK
Wbijam na pierwszy dzień. Gdynia zakorkowana jak nigdy. Wydaje się, że stoję w najdłuższym sznurku samochodów na świecie. Spoglądam na zegarek - czas ucieka. Pierwszy koncert w planach? Foals. Ale jak tutaj zdążyć? Przecież wiedziałem, że będzie taka sytuacja. Przecież wyjechałem wcześniej z domu? Po drodze mijam spragnionych muzyki festiwalowiczów. Mnie natomiast suszy podwójnie. Jest gorąco, a od początku roku nie byłem na ani jednym koncercie! Zaczyna kropić deszcz, parking coraz bliżej, pierwsze koncerty na wyciągnięciu ręki. Opłata za wjazd, zabieram na pakę dwie dziewczyny. Rozmawiamy u muzyce, Redhoci umilają nam kilkuminutowy podjazd na teren festiwalu. Pozostaje kupić bilet, udać się do punktu z opaskami. Z daleka Foals rozpoczynają swój występ. Serducho bije mocniej. Do przebiegnięcia całe lotnisko. Przebijam się przez ogromne tłumy ludzi. Uff, jestem. Wiele nie straciłem. WITAJ OPEN'ER! Siema Foals! Tęskniłem.


[FOALS]
Z nutką dramaturgi rozpocząłem mój pierwszy dzień, a drugi w grafiku Open'era 2016. Cóż mam Wam rzec o występie Foals, kiedy wszystko zostało już powiedziane? Jest to jeden z najlepszych zespołów koncertowych. Grają świetnie w klubach, nie poddają się na festiwalach, gdzie tłum jest konkretnie zróżnicowany. W każdej sytuacji dają radę, wciągają wszystkich w wir swojej muzyki, dają z siebie 100 procent, jak nie więcej. Znam ich dobrze. Wiem, że Yannisowi zabrakło do pełni szczęścia klubowego balkonu, z którego mógłby oddać swój kolejny skok. Z lekkim dystansem, starał się jednak nie przegiąć festiwalowej struny. Setlista pełna hitów, bezpieczne pogo pod sceną. Chyba lepszego startu nie mogłem sobie wymarzyć?

Główna scena rozgrzana do czerwoności. Co dalej?
Jedni wyczekują meczu Polska - Portugalia na Euro 2016, drudzy marzą zobaczyć Red Hot Chili Peppers. Co wybrać? Serce rozerwane. Główny sponsor festiwalu postarał się o strefę kibica. Zorganizowano ogromny telebim i sporo miejsca dla zagorzałych fanów piłki nożnej. Z założoną koszulką "Prawy do Lewego" i flagą na poliku wybrałem... RHCP! Jak zawsze, przed każdym koncertem dało się poznać mega pozytywnych ludzi. W tym miejscu muzyczne pozdrowienia dla całej ekipy siedzącej wytrwale w brokacie Flo, dziewczyny, która tak jak ja wyczekiwała koncertu LCD Soundsystem dnia następnego i koleżanki, której dałem na przechowanie okulary do torebki - poproszę o zwrot! Wszyscy zgubiliśmy się na RedHotach w kilka chwil po rozpoczęciu występu. Zdjęcia i filmiki zachowane, ale gdzie są moje okulary?



[Red Hot Chili Peppers]
Marzenie muzyczne spełnione, odhaczone.
Zespół został poinformowany o tym, że reprezentacja Polski będzie walczyć o półfinał z Portugalią podczas ich koncertu i zaraz po wyjściu na scenę Flea zaczął śpiewać do mikrofonu: "Polskaaa Biało Czerwoni!'. Piękny ukłon w stronę naszej publiki, powtórzony potem raz jeszcze. Po kilku kawałkach poleciałem z tłumem pod samą scenę i tam już zostałem. RHCP zagrali, napisałbym, bardzo poprawnie. Nowym kawałkom brakowało scenicznego ogrania - poza "Dark Necessities" reszta taka sobie. Dlaczego nie zagrali "Goodbye Angels"? Przecież to murowany hit koncertowy. Anthony i jego wokal - wprawdzie nigdy nie był idealny, ale im dalej, tym traci na barwie. Josh? Moim zdaniem w ogóle nie pasuje do zespołu, a wymuszony cover "Warszawa" Davida Bowiego... na co to komu? Flea najbardziej kreatywny, żywy i kontaktowy z całego składu. Chodzenie na rękach podkreśla jego formę, ale czy taką samą formę trzyma cały zespół? Moje oczekiwania były chyba zbyt duże. Wybawiłem się, wyśpiewałem każdy kawałek, ale czegoś mi tu zabrakło. 25 lipca 2017 na Stadionie Cracovii będzie można dać zespołowi drugą szansę. 

[M83] 
4 lata temu wystąpili na Open'erze pod niebieskim namiotem. Z tego koncertu pamiętam tylko tłumy ludzi wylewających się spod Tenta i piosenkę "Midnight City". Ponieważ zdążyłem tylko na końcówkę - lecąc z Franz Ferdinand, kolejnej okazji zobaczenia zespołu nie mogłem przegapić. Nowa płyta jest świetna, a jeszcze lepiej brzmiała na scenie. M83 tworzą show pełne barw i światełek. Statek kosmiczny wylądował wtedy na Open'erze, a taneczna elektronika popłynęła z głośników. Było pięknie. M83 w kontakcie z publiką również nie zawodzą. Widać, lubią u nas grać i są wyjątkowi w swoim rodzaju. Polecam M83 w całości. 

[CARIBOU]
Po całym dniu przygód trafiliśmy na Caribou, gdzieś tak pod koniec występu. Nie żałuję. Kilka kawałków więcej i usnąłbym na stojąco. Nie wiem, co się stało, przecież jak słucham albumów, wersji studyjnych, to tak nie ziewam. "Odessa" poprawnie, "Can't do Without You" - wiadomo, brak zastrzeżeń, ale "Sun"? Jedna piosenka na cholernie przedłużony do granic możliwości bis, to dla mnie za dużo. Taka jazda bez trzymanki na kilku samplach, on'n'on. Gdzieś tam widać perfekcję, pasję i z jakim oddaniem przekazywana jest twórczość zespołu, jednakże po przeskoku z M83 na Caribou... widziałem tylko przepaść w dół.



PIĄTEK

Kiedy kładziesz się spać około godziny 6 rano... słońce w kilkadziesiąt minut staje się Twoim największym wrogiem. Zbawieniem okazała się późniejsza drzemka i doładowanie baterii w pobliskiej Rewie, inaczej nie dałbym rady. Polecam cypel! Świetna miejscówka na odpoczynek i by w spokoju, bez kolejek, zjeść normalny obiad w jednej z nadmorskich knajp. Można powiedzieć, zamykałem dzień na Open'erze i zarazem otwierałem nowy. Przed godziną 15 pojawiłem się już przy bramkach wejściowych i bez żądnych ścisków wszedłem na spokojny jeszcze teren festu. Jak zapewne pamiętacie z relacji live na facebooku i instagramie, po drodze trafiło się dwóch gości, którzy pomylili dni festiwalu. Przyjść z biletem czwartkowym na piątek? Szok na twarzy był bardzo malowniczy. Co ciekawe, ponoć zdarza się to dosyć często. Ludzie, serio?!

Do pierwszych koncertów było trochę czasu, dlatego zabrałem się za pochód po miasteczku festiwalowym, które rozwija się jak może, z roku na rok. Jednym z przykładów jest sklepik "Wianków Flo" (robocza nazwa by ctrl pattt) - a widzicie, dorobili się swojego, ale to zapewne dzięki mojej bezpłatnej "promocji". Haha. Co więcej? Chwała za powrót SILENT DISCO, przecież ten schron jest idealnym miejscem pod taki event. Zastanawia mnie tylko, dlaczego, DLACZEGO zamykany jest tak wcześnie?! Drodzy organizatorzy, zróbcie przysługę nam wszystkim i przeciągnijcie Silent Disco chociażby do tej godziny 3:00! Miejsca do chillout'u i pierwszych randek jest od groma. Food trucki rozrastają się niczym tasiemiec, ale wciąż brak tu jedzenia, po którym powiesz - zjadłem dobrze i nie straciłem fortuny na syfne żarcie.


[ZBIGNIEW WODECKI WITH MITCH & MITCH]
Nie wiem jak zacząć. Kiedy przypomnę sobie jak wyglądała cała otoczka tego występu, to uśmiech maluje mi się na twarzy. Podkreślam - uśmiech, nie śmiech. Po pierwsze, nie spodziewałem się tak dużej frekwencji ludzi i pszczółek Majek latających w powietrzu. Klimat, który stworzył się pod sceną opiewał mianem dużego, rodzinnego wydarzenia. Identycznie nastawienie dało się odczuć od całego składu zespołu, który wyszedł na scenę ubrany w galowe ubrania, sugerując wszystkim: "hej, hej WYluzujcie, ok?". Bez wątpienia, Zbyszek Wodecki porwał wtedy tłum. Niestety, szybko dały się we znaki wcześniej wypite "piwa" i musiałem uciekać za potrzebą. Zerknijcie na relację mojego kolegi z branży -> Podróże Muzyczne -> TUTAJ! Śmigaliśmy wtedy razem, więc na pewno uzupełni Wam kilka zdań o dalszych poczynaniach Wodeckiego, i nie tylko.


[JÓGA i RYSY]
Wezmę dwie pieczenie na jeden ogień. Polski, młody underground muzyki elektronicznej, który wciąż stara się wybić, przebić przez to, co serwują nam media i polskie portaliki muzyczne. Zespoły o wielkim potencjale. JÓGA - zaczerpujący dźwięki melancholii skandynawskiej, tajemniczy, psychodeliczny, wydawałoby dojrzały muzycznie, ale jednak nie do końca, gdzieś tam chłopaki niestety przegrali na scenie. Podobnie RYSY. Tutaj muzyka żywsza, napisałbym ciekawsza dla mnie. Tracą sporo w pierwszej fazie występu, kiedy powinni zainteresować odbiorcę, by ten, tak jak ja, nie uciekł zaraz spod sceny. Żałuję, że nie doczekałem utworu "The Fib" i Justyny Święs. Innym razem poznam Was lepiej, ale błagam Was, popracujcie nad intro. Kiedy wróciłem do domu i odpaliłem Wasze utwory, pomyślałem sobie - wow, oni naprawdę mogą wiele zdziałać na polskiej scenie. Potwierdziło się to jakiś czas później na koncercie w Toruniu - relacja TUTAJ. (W 2017 roku RYSY zakończyli swoją działalność).


[Wiz Khalifa]
Zanim przejdę do konkretów, warto zaznaczyć jeden bardzo ważny fakt. W tym roku nie było dobrego rapsu na Open'erze. I podkreślam, ominąłem Vinca, bo nic więcej nie było prawda? Nie jestem ekspertem w muzyce hip-hop, ale uwielbiam stary, dobry, brudny rap. Ludzie tęsknią za klasyką, która ponownie kopie się w undergroundzie! Ten obecny w świecie rap kończy się na wystylizowanych, sztucznych czarnoskórych typach w męskich rurkach (tzw. kulogniotach) i syntezatorach zmieniających głos.  Brak jaj, brak oldschoolu, brak wspomnianej klasyki. Tak w ogóle, czy to jeszcze można podczepić pod rap, czy chociażby jego odmianę? Przykładem takiego typa jest Wiz Khalifa. Jego muzyka nie jest kierowana do starych wyjadaczy, co było widać wśród ludzi gromadzących się pod główną sceną. Młodzi, upaleni, szukający romansów i dobrej zabawy. No właśnie zabawy. Jaki jest plus jego występów? Wspomniana zabawa. Pomimo tej całej otoczki, Wiz naprawdę potrafi rozbujać tłum. Nowe kawałki z dymem trawy w powietrzu weszły szybko w krwiobieg i sprawdziły się festiwalowo. Nie mogło zabraknąć "Young, Wild and Free", łączącego wszystkie pokolenia. Nawdychałem się zielska, wbiłem w pogo (tak dobrze czytacie) i... ok wystarczy tych wrażeń. Było dobrze. W kilku słowach - poszło z dymem!


!!! [LCD SOUNDSYSTEM] !!!
No dobra. Gdyby nie James Murphy i LCD, zapewne ominąłbym Wiza. Taki urok festiwali. Czasem musisz się poświęcić. Także, po cichu liczyłem, że to całe młodsze towarzystwo, które trafiło tu za pisemnym pozwoleniem rodziców, ucieknie bawić się gdzie indziej. HA! Strzał w dziesiątkę. To tak jakbym przesunął wszystkich jednym machnięciem ręki i zrobił sobie dostęp do najlepszego miejsca pod sceną, specjalnie na mój wymarzony koncert życia - LCD SOUNDSYSTEM! Udało się! Nie mogłem w to uwierzyć. Wylądowałem przy pierwszych barierkach, przy samym środku! Czułem się trochę jak jedyny reprezentant Polski, ponieważ wokół mnie mnóstwo Angoli, goście z Norwegii, Ukrainki, plus niska Chinka, która przyleciała specjalnie z Hong Kongu do Polski, na LCD Soundsystem, rozumiecie to? Druga sprawa - uwierzcie, ale tak jak my się tam wszyscy bawiliśmy, to nawet nie potrafię tego ująć w słowa. Blisko pod sceną zawsze spotkasz bratnie dusze, z którymi przeżywanie koncertu jest wielką przyjemnością i pamiątką na całe życie. Wyśpiewane co się dało, głos zdarty do granic możliwości. Nie chcę się rozpędzać, ale ten właśnie koncert trafił na podium tych najważniejszych i najlepszych dla mnie.



LCD Soundsystem are back from the dead. No i wyszli... najpierw cały zespół, a chwilę później James Murphy. Zaczęli od "Us v Them" i szybko przeszli do hitu znanego wszystkim, czyli "Daft Punk Is Playing At My House". Bardzo dobry zabieg. Jak pisałem wcześniej na facebooku, ludzie mogli skupić się na pozostałej twórczości, a zespół ściągnął z siebie presję piosenki wykonywanej jako hit na koniec show. Pamiętam, jak Blur grali na Open'erze w 2013 roku. Każdy czekał za "Song 2" i większość ludzi zapamiętało tylko to z całego występu. Tutaj było zupełnie inaczej. Murphy jest geniuszem. Wie najlepiej jak zorganizować imprezę od a do z. Kto tylko pomyślał, że na "Daft Punk Is Playing..." skończy się całe przedstawienie, może śmiało powiedzieć jak bardzo się mylił. Mam rację, prawda? Dla mnie, wielkiego fana, każdy kolejny utwór był sytą ucztą. "I can change", "Get Innocuous!", "You Wanted a Hit", "Tribulations", "Movement", "Yeah", "Someone Great", "Losing My Edge", "New York I Love You But You're Bringing Me Down", " Dance Yrself Clean". Kiedy zabrzmiał "All My Friends" wiedziałem, że show zbliża się ku końcowi. Świetliki pojawiły się w oczach. Do tego wszystkiego dołączone były skromne wizualizacje, stworzone pod niektóre kawałki. Najbardziej podobała mi się ta z monitorem budującym napięcie podczas "Losing My Edge" (w streamie nie było tego widać,  kamerzyści spieprzyli sprawę / zdjęcie poniżej).



Zespół na scenie również bawił się świetnie. Murphy z kulturą popijał kieliszek czerwonego wina oraz nawiązywał kontakt z publiką. Wokal, pomimo upływu lat - jest jednym z najbardziej wyrazistych i wciąż nie ma sobie równych - Anthony Kiedis mógłby wziąć trochę lekcji. Cóż więcej? Przede wszystkim czuć było ogromne zgranie wszystkich muzyków, którego zabrakło mi na koncercie RHCP dzień wcześniej. LCD Soundsystem na scenie opowiadają i tworzą muzyczną historię. Są perfekcjonistami w swoim zawodzie. Jakiś słaby dziennikarzyna z wyborczej napisał: "wszystko było wyćwiczone i skażone rutyną" - tak bardzo jak wyborcza?? Muzyczny przekaz nie ma miejsca na błędy. Zespół był jak żywy organizm połączony niczym nuty na pięciolinii. Oni znają się od wielu lat i wciąż bawią muzyką mimo upływu czasu. Bez dwóch zdań, Murphy z zespołem oczarowali wszystkich festiwalowiczów, a kiedy odwróciłem się w tył, widziałem tłumy bawiących się i uśmiechniętych ludzi. Można czasem ponarzekać na Pana Ziółkowskiego, nawet trzeba, ale za LCD Soundsystem kłaniam się nisko.



[SIGUR RÓS]
Oczekiwanie na Islandczyków z Sigur Rós, występujących po LCD Soundsystem również na głównej scenie, przedłużało się. Zanim jednak przejdziemy do konkretów, chwila wspomnień wyczerpanego organizmu. Był to mój największy kryzys festiwalowy. Po świetnej zabawie na LCD nogi odmówiły posłuszeństwa, oczy opadały niczym uszkodzona kurtyna w teatrze, mózg mówił stop. Gdyby nie woda otrzymana od ochroniarzy umarłbym z pragnienia. Wszystko było na nie. Dodatkową głupotą było stanie pod samą sceną, by nie przegapić nadchodzącego pokazu sztuki. Kilka metrów za mną większość ludzi rozsiadło się wygodnie na ziemi. Dowiedziałem się o tym dopiero po koncercie, koncercie, który dał mi niesamowicie w kość. Melancholijna, pełna tajemniczości Muzyka Sigur Rós miejscami stawała się moim kolejnym wrogiem, ale patrząc z perspektywy czasu, gdyby nie ona, gdyby nie te magiczne trio - odleciałbym w kosmos ze statkiem M83. Byli niesamowici! Wyruszyli w trasę z nowymi utworami nagranymi w starym stylu z początków "ágætis byrjun", celowo pomijając niektóre hity, niepasujące do (jak sami mówili) "nowego, bardziej surowego show". Utwór "Hoppípolla" został wycięty z setlisty. Granie było mocne, bardziej mroczne, ale ludzie stali jak wpatrzeni w obrazek. Muzycy bez reszty oddali się swoim instrumentom. Jón Þór Birgisson grający smyczkiem na gitarze elektrycznej był w centrum uwagi. Jego wysoki i czysty wokal mógłby rozwalić niejedno szklane pomieszczenie (na szczęście bębenki uszne dały rade). Wygląd sceny, gra świateł, wszystkie przygotowane wizualizacje ciekawiły i dopasowane były do każdej piosenki. W pewnym momencie ludzie obok mnie również zaczęli odpadać, ale walczyli, by nie przespać niczego i by wytrwać do końca tego pięknego pokazu Muzyki i sztuki.



W temacie Sigur Rós muszę dodać coś jeszcze. Dokładnie rok temu, pod koniec kwietnia, szykowałem się na jedną z największych przygód mojego życia - Islandię! Na Open'era przyleciałem prosto z Reykjavíku. Islandczycy mają swój wyjątkowy klimat, jak i styl muzyczny, który trafia w serca ludzi na całym świecie, i wbrew stereotypom - nie zawsze jest on smutny (szybki przykład - Kaleo, Júníus Meyvant). Poznałem ich trochę. Życie tam toczy się inaczej i Muzyka płynie inaczej. Miałem takie uczucie, że trochę Islandii przywiozłem wtedy ze sobą, pod scenę Open'era. HUH!

Jeszcze małe przypomnienie.
Jeżeli wybieracie się po raz pierwszy na Open'era, bądź kolejny, ale chcielibyście się lepiej przygotować - odwołuję Was wszystkich do moich "poradników przetrwania", które wciąż są aktualne i cieszą się ogromną popularnością. Mam nadzieję, że przydadzą się kolejnym osobom w planowaniu swojej przygody festiwalowej na tegoroczne lato.

1) OPEN'ER FESTIVAL 2015/2016 - POWRÓT NA POLE! KOLEJNY I OSTATNI PORADNIK PRZETRWANIA
2) OPEN'ER 2013 - CZY BYŁO LEPIEJ? ORGANIZACJA I PORADNIK PRZETRWANIA!
(gdzieś tutaj znajdziecie nawet językową ucztę starego pattt'a - nie poprawiałem dla pamiątki ;))

Widzimy się już niedługo w Gdyni!
Śmiało komentujcie i podajcie dalej.



CTRL'ujcie Muzykę!
#ctrlpattt


Radość spod sceny. Zaraz przed koncertem LCD SOUNDYSTEM. Cameraman po prawej stronie :)
Niżej kilka zdjęć z Islandii!





Łączmy pasje, dzielmy się wspólną zajawką!
CTRL'ujcie MUZYKĘ!

~pattt


CTRL'uj inne wpisy

2 komentarze

  1. Anonimowy23:01

    Po tej relacji chciałabym iść z Tobą na jakiś koncert :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa! :) Zapraszam do mnie na fb. Lada moment stworzę grupę, w której dokładnie będę informował o moich poczynaniach koncertowych, ale i nie tylko ;)

      Usuń

Nie hejtuj, komentuj z głową!